piątek, 7 lutego 2014

Kiedy upada kurtyna, nie ma już odwrotu



              Szła spokojnym, dumnym krokiem. Była ubrana w prostą, białą suknię i trzewiki. Sukienka bez koronek i wszelkich ozdób. Miała skromny makijaż, który jeszcze bardziej podkreślał jej subtelne rysy twarzy. Jasne usta, błękitne oczy i niewielki nos, sprawiały, że była piękna. Mimo swojej uderzającej urody, nie wyróżniała się z tłumu. Wtapiała się w niego znakomicie, gdyż inne kobiety były równie urodziwe, a niektóre nawet bardziej. Ją jednak coś wyróżniało. Mimo swojego niewinnego, łagodnego spojrzenia w jej oczach czaiły się pewne iskierki, które można było dostrzec. Drugą rzeczą, wyróżniającą ją z tłumu, były zaniedbane dłonie - trochę pomarszczone, paznokcie były bez szczególnego blasku. Te defekty zostały natychmiast wychwycone przez otaczające ją kobiety, które zaczęły między sobą plotkować jak na zawołanie. Celina nie raz już wspominała, że aureole nigdy tak naprawdę nie uczyniły z nich aniołów, najwyżej dobre wróżki. Ale archanioł jej nie chciał słuchać. Podeszła do młodej dziewczyny, która rzucała się w oczy zdecydowanie bardziej od niej. Miała bowiem kruczoczarne włosy, co wyróżniało ją z tłumu jasnych blondynek. Co ona tu robiła? Jedynie siedziała za ladą, a to nie było żadne godne i ważne zajęcie. Nie spełniała oczekiwań Flawita, już uroda ją przekreślała, mimo że była równie piękna, a może nawet piękniejsza niż pozostałe.
            - Witaj, Angeliko – powiedziała Celina, ale mimo sympatii do starej znajomej, na jej twarzy nie zagościł uśmiech. Jej wyraz twarzy praktycznie się nie zmienił. A Angeliki – wręcz przeciwnie. Rozpromieniła się.
            - Witaj, Cel! Skąd ta poważna mina? I co tu robisz? Czyżby w końcu nasz szef otrzeźwiał? – Dźgnęła ją lekko w żebro, co było bardzo niestosownym zachowaniem w takim miejscu, ale Celina mimo swoich twardych zasad, w końcu się uśmiechnęła.
            - Właściwie sama zdecydowałam się wziąć sprawy w swoje ręce i w końcu go odwiedzić.
            - Naprawdę? Czyli nie jesteś umówiona? – na jej twarzy zakwitły rumieńce i pojawił się przepraszający uśmiech. – Przecież wiesz Cel, że nie mogę…
            - Oczywiście, że możesz. I tak cię nie wywali, jesteś jego skarbem. Nikt inny by tak się nie dawał wykorzystywać – rzekła spokojnie. Angelika westchnęła.
            - Naprawdę wole to, niż te kursy nawracające upadłe anioły…
            - Tłumaczyłaś mi to setki razy – ucięła. – Nadal cię nie rozumiem, ale to nieistotne. Wpuść mnie do środka, to dla mnie bardzo ważne.
            Spojrzała na nią niepewnie i zaczęła przeglądać swoje papiery.
            - Mogłabyś wejść za pięć minut… ale na krótko, bo za pół godziny czeka go bardzo ważne spotkanie!
            - Tak, tak.
            - Mówię poważnie, Cel – spojrzała na nią ostrzegawczo. – Przychodzi Lucyfer.
            Jedna z kobiet, która to usłyszała, natychmiast zaczęła plotkować z koleżanką. Takich nowin nie znała nawet loża, tylko biedna, poczciwa Angelika, która siłą rzeczy miała dostęp do takich informacji.
            - Nie mów! – teraz nawet w Celinie zakłuła się chęć lekkiego plotkowania, chociaż to zupełnie nie było w jej stylu. – A co on tu robi? Macie odpowiednią ochronę?
            - Wiem, że ty byś o wszystko zadbała najlepiej – uśmiechnęła się Angelika. – Ale uwierz mi na słowo, wszystko jest załatwione. Nie mogę ci zdradzić celu wizyty, bo to bardzo poufne. Zresztą sama niewiele wiem, powinnaś pytać raczej przedstawicielki loży.
            Celina zaśmiała się, odrobinę złośliwie.
            - Przecież one nic nie wiedzą. Flawit nie jest głupi. Wie kogo o czym informować, nie popełnia takich dziecinnych, niemal ludzkich błędów!
            - Może i masz racje. Wpuszczę cię, ale pamiętaj, musisz się streszczać. Potrafisz nawet jego rozbić i wyprowadzić z równowagi, wolałabym, żebyś dzisiaj tego nie robiła.
            - Jasne, jasne, będę grzeczna – kiwnęła głową i, po naciśnięciu przez Angelikę odpowiedniego guzika, weszła do środka.


~*~*~*~

Flawit był archaniołem. Był najwyżej w hierarchii i każdy miał obowiązek go słuchać. Jego ojciec również był archaniołem, a złota aureola przechodziła z pokolenia na pokolenie. Flawit był bardzo młody, dlatego wszyscy obawiali się go jako władcy nieba. To było bardzo odpowiedzialne i ważne stanowisko, a on miał zaledwie dwadzieścia lat. Niestety nie było wyboru, bo jego ojciec szybko zmarł, a ktoś musiał przejąć złotą aureolę. Nawet gdyby chłopak miał osiem lat – padłoby na niego. Był młodym człowiekiem o wszechstronnych ludzkich, jak i anielskich, zdolnościach. Nie miał wiele praktyki jako anioł stróż, a innych stanowisk w ogóle nie zasmakował. Dlatego Celina, pięć lat od niego starsza, pogardzała nim i kpiła z niego, mimo że to było surowo zabronione i, przede wszystkim, niegodne. Nie obchodziło jej to, dla niej Królestwo Niebieskie powoli się staczało. Bała się co będzie, jeśli sytuacja się nie poprawi.
            Według niej, choć była niewiele starsza, Flawit był zwykłym smarkaczem. Kiedy miał dziesięć lat, ona już jako piętnastolatka uczyła go łucznictwa i ściągania uroków.  Jego rodzice bardzo ją cenili i szanowali, chcieli również dać ją za jego żonę w przyszłości, ale nie mogli, ponieważ Celina miała tylko ojca anioła, matka była człowiekiem i nigdy nie chciała, mimo nalegań ojca, zmienić się w anioła. Celina ani przez chwilę jej się nie dziwiła – wiedziała, że to bolesny i ciężki proces. Ona sama nie musiała go przechodzić, bo dziedzicznie stała się aniołem już w najmłodszych latach, dzięki ojcu. Zresztą jej mama nie chciała nieśmiertelności. Chciała zestarzeć się i umrzeć. Ale zawsze powtarzała swojej córce, że jest z niej dumna i trzyma za nią kciuki, a ta z kolei obiecywała, że zaopiekuje się matką również po śmierci. Chociaż dobrze wiedziała, że nigdy nie zostanie aniołem umarłych.  
            Kiedyś bardzo się lubili, w dzieciństwie właściwie byli prawie przyjaciółmi. Ale Flawitowi z czasem zaczęło odbijać. Trzymał ją na dystans, bo uważał, że nigdy nie dorówna mu mocą, co było kompletną bzdurą. Celina była silnym aniołem, o wielkiej mocy, ale nie miała okazji się sprawdzić. Za życia jego ojca jeszcze się uczyła, a od kiedy władzę przejął Flawit, nie dopuszczał jej na żadne wyższe stanowiska. Doprowadzało ją to do szału i często się z nim kłóciła, ale on tylko ją zbywał. Celina przekonała się wtedy, że czasami nawet ‘przyjaciele’ oceniają nas po pozorach, mimo iż znają nas bardziej, niż ktokolwiek inny. Była jednak uparta i waleczna, nie poddawała się łatwo. Flawit był już zmęczony jej odwiedzinami, ale nie miał jak ukarać za to Angeliki. A zwolnienie jej nie wchodziło w grę.
            Kiedy Celina wkroczyła do jego gabinetu, przewrócił oczami. Był przystojny, wysoki i dobrze zbudowany – ale tego nie dało się uniknąć. Nie przy tylu treningach i szkoleniach. Poza tym był aniołem, a aniołowie byli zawsze znacznie piękniejsi, niż ludzie. Ich uroda zmieniała się podczas anielskich kursów. Siedział za swoim biurkiem.
            - Jestem dzisiaj bardzo zajęty i nie mam czasu na twoje kaprysy – ostrzegł.
            - Mi też niezmiernie miło cię widzieć – uniosła brew.
            - Daruj sobie. Co znowu? Kandydaturę do loży aniołów składa się u Angeliki, ja ją później przeglądam i oceniam.
            - Składałam ją już setki razy, a ty pewnie nawet jej nie przeczytałeś.
            - Setki razy też zawitałaś u mnie, aby osobiście przekonać mnie o swoich zdolnościach.
            - No właśnie i zastanawia mnie, czemu jeszcze wątpisz.
            - Mam zajęte miejsca, poza tym nie spełniasz wymagań. Będziemy setny raz rozmawiać na ten sam temat?
            - Właściwie to nie. Oddałam po prostu już swojego podopiecznego, zdał ostateczny egzamin na szóstkę. Tak, na szóstkę, znowu!
            - No  właśnie, jak mógłbym odebrać młodym tak dobrą opiekunkę? – uśmiechnął się. – Cieszę się, ale nie musiałaś mnie w sumie o tym informować osobiście, tylko złożyć papiery i odebrać kolejnego podopiecznego z poczekalni.
            - Mogłam. Ale mam dość zwyczajnych podopiecznych, jestem do tego za dobra i ty dobrze o tym wiesz – nie grzeszyła skromnością, ale mówiła prawdę.
            - A są jacyś nadzwyczajni?
            - Owszem, wystarczy, że dasz mi kogoś… trudnego. Z kim reszta sobie nie radzi.
            - Chcesz tym pokazać, że jesteś najlepsza? – uniósł rozbawiony brew. – Dobrze, niech ci będzie. Mamy takiego jednego chłopaka, nazywa się Bonit. Ma osiemnaście lat i nie dość, że nie stawia się na zajęcia, to jeszcze kiedy tam jest, nic nie robi. W dodatku lekceważy i obraża wszystkie swoje podopieczne jakie mu się da. Jesteś pewna, że sobie poradzisz?
            - Jakiś osiemnastolatek z burzą hormonów ma być dla mnie trudem? – uniosła brew. – Poradzę sobie z nim bardzo łatwo, zapewniam.
            - W takim razie nie ma problemu – usiadł i sięgnął po pióro. Napisał coś na kartce papieru, podpisał i podał jej. – Dasz tę kartkę Lizie w poczekalni, a ona odda ci twojego nowego podopiecznego. Akurat szuka przydziału. Swoją drogą, zmieniłaś się. Ciągle dążysz tylko do awansu. Przestało ci zależeć na ludziach i na tym, na czym powinnaś się skupić. Może i wszystko ci wychodzi, ale nie wkładasz w to serca. Myślisz tylko o tym, żeby znaleźć się w loży. Nie taką Celinę znałem.
            Spojrzała na niego.
            - Ja też dawno nie widziałam mojego Flawita. Wszyscy się zmieniają.
            - Może – odparł sucho, bez wyrazu. – Możesz już wyjść, mam ważne spotkanie.
            - Wiem, zawsze zajęty, zapracowany i dumny.
            - Zupełnie tak, jak ty – odparł spokojnie. Nic na to nie odpowiedziała i bez pożegnania opuściła pomieszczenie. Rzuciła krótkie „cześć” do Angeliki i zniknęła w pozłacanej mgle.

~*~*~ *~

Poczekalnia w niebie wyglądała trochę inaczej, niż taka w której siedzimy przed wizytą u lekarza. Było to właściwie nie pomieszczenie, a naprawdę duży dom. Trafiały tam anioły na samym początku kursów. Takie, które już oficjalnie miały aureole, ale były to aureole niebieskie, a nie srebrne, co świadczyło o tym, że są początkujący. Dopiero po skończeniu wszystkich odpowiednich kursów zdobywają srebrne aureole. Kursy są trudne i wymagające, ale potrzebne, aby w pełni tytułować się aniołem i zająć stanowisko w królestwie niebieskim lub trafić na ziemie jako anioł stróż, ewentualnie opiekun. Opiekun, ponieważ przed zdobyciem srebrnej aureoli nie można było trafić do nieba, więc musiał pozostać razem ze swoim podopiecznym na ziemi. Tam też odbywały się wszystkie kursy i tam znajdowała się poczekalnia, dokładniej w Australii. Na ziemi nie można było się teleportować, ale w ten sposób wracało się z nieba, na ziemie i można było pojawić się w wybranym miejscu, więc wylądowała tuż pod drzwiami tego domu. Niektórzy czekali tam tygodniami, a nawet miesiącami, dlatego były tam pokoje i jadalnie oraz jakiś salon. Dom był naprawdę duży, bo mieścił dużo ludzi. Już po przedpokoju widać było bogactwo tego miejsca – diamentowe żyrandole, złote ozdoby, najznakomitsze antyki. Kiedy przekroczyła próg, podeszła do kobiety za ladą.
- Dzień dobry – przywitała się i podała jej list. Ta kiwnęła głową na przywitanie i przeczytała trochę zaskoczona wiadomość. Nacisnęła guzik z numerem 523 i zaproponowała Celinie coś do picia. Ona odmówiła i usiadła na fotelu, oczekując przyjścia chłopaka. Zupełnie się nie spieszył, co już o nim źle świadczyło. Nienawidziła spóźnialskich. W końcu się pojawił. Nie wyglądał źle. Zwykły chłopak, nie przypominał kogoś kto może sprawiać kłopoty. Miał blond włosy, co według powszechnej opinii oznaczało dużą moc i było bardzo dobrze odbierane. Niebieskie oczy były kolejnym plusem. Nie był tak przystojny jak Flawit, ale nie był też brzydki. Dość dobrze zbudowany jak na początkującego i w dodatku nie stawiającego się na treningi, choć patrząc na jego ciało było widać, że przed nim jeszcze długa droga. Właściwie, początkujący nigdy nie wiedzieli, po co im dobra sprawność fizyczna. Ale anioły miały dużo mniej nadprzyrodzonych zdolności niż się wydawało i musieli mieć dobrą kondycję. Chłopak był ubrany zwyczajnie, szaty obowiązywały tylko na oficjalnych spotkaniach. Głównie z lożą lub samym Flawitem.
- Witaj – kiwnęła głowę.
- Cześć – rzucił spokojnie. - Czyli co, znowu stąd spadam?
- Owszem. Słyszałam, że sprawiasz pewne… problemy. Zajmę się tym i pozwolę ci na wysokim poziomie skończyć kursy.
- Zdradzę ci coś – powiedział, wyraźnie rozbawiony. Usiadł wygodnie na fotelu, bawił się papierosem w dłoni. Palący? Celina nie wierzyła własnym oczom. Kto go wybrał? Ale przecież ktoś musiał, tacy jak on nie mają tego we krwi, nie mógł mieć anielskich przodków.
- Ci? Powinieneś się do mnie inaczej zwracać. Popracujemy nad tym. No to co chcesz mi zdradzić?
- Każdy tak mówi. Że mnie nawróci, nauczy i stanę się niemal perfekcyjnym aniołem. A potem trafiam tu – uśmiechnął się i zapalił, ale kobieta za ladą natychmiast odebrała mu papierosa. Nie odezwali się do siebie nawet, najwidoczniej to była częsta sytuacja.
- Ja nie jestem każda, możesz mi wierzyć, nigdy się nie poddaje.
- Ta, jasne. Uznajmy, że ci wierze. Spadamy stąd? Ograniczają nas tu strasznie jeśli chodzi o spacery, a tutaj nie można palić – skrzywił się.
- Po pierwsze, oddaj mi to – wyciągnęła rękę po paczkę papierosów. – To utrudnia przemianę, bo jest bardzo grzeszne.
- Grzeszne? No i co z tego? PANI nigdy nie grzeszy? – spojrzał jej spokojnie, wyzywająco w oczy, ale ona nawet nie mrugnęła.
- Nie. Nie posiadając tak cenny dar jak srebrna aureola. Mamy zapobiegać grzechom innych, a nie sami jej popełniać.
- Mhm, oczywiście. Nie wierze w te wasze ideały.
- To co tutaj robisz? – westchnęła.
- Ojciec bywa uparty.
- Jak nazywa się twój ojciec?
- Marek Horacjusz.
Zaniemówiła. Nie mogła nic wydusić. Pierwsze, głupie pytanie, jakie jej przyszło do głowy to „Ten Horacjusz?” Niech archanioł broni, przed takim idiotycznym pytaniem! Na szczęście nie powiedziała tego na głos. Właściwie była tak zdziwiona, że nie miała pojęcia co powiedzieć. To był taki wpływowy nadanioł! Były anioły, były nadanioły, a na samym szczycie jeden archanioł. Ale kwestią sporną było to, czy to nadanioły, czy archanioł ma największą władzę. Jak to mógł być jego syn? Ktoś taki? Gdzie się podziewał ojciec podczas wychowania chłopaka?
- Zdziwiona? – zakpił. – Jestem czarną owcą w rodzinie. Jak pewnie się domyślasz.
- To wielkie szczęście pochodzić z takiej rodziny – powiedziała, patrząc na niego. – Powinieneś to szanować i dbać o dobre imię twojego ojca. A teraz oddaj tę diabelską używkę.
- Czasami rozumiem ludzi Lucyfera, że was nie znoszą – prychnął chłopak. To były słowa, których nikt nie ośmieliłby się wypowiedzieć. Mówił o diabłach, jak o swoich kolegach. A to przecież było zło w ludzkiej postaci.
- Nie mów takich rzeczy. A już na pewno nie w świętym miejscu! – oburzyła się Celina i siłą zabrała mu papierosy. Chłopak przewrócił oczami. Obok niego pojawiła się walizka z jego rzeczami.
- Wygląda na to, że możemy iść – powiedziała Celina i wstała. Wypełniła papiery i zabrała go ze sobą. Samolotem polecieli do Seattle. Tam zaczynał się cały kurs. Tam wszystko się zaczęło. Celina wiedziała, że to będzie wyzwanie. Ale kiedy upada kurtyna, nie ma już odwrotu.



Dziękuje Patrycji, za poprawienie tekstu! :D