niedziela, 27 kwietnia 2014

"Czy nie lepiej byłoby zamiast tępić zło szerzyć dobro? "


Nigdy wcześniej nic się jej nie śniło. Była chyba jedyną osobą, która nie miała żadnych snów. Zasypiała i budziła się, nie pamiętając zupełnie nic. I było jej z tym dobrze. Nie miała koszmarów jako dziecko. Tata jej zawsze powtarzał, że brak koszmarów oznacza brak zmartwień, ale w takim razie, co oznaczał brak dobrych snów? Nigdy jakoś go o to nie zapytała. Tej nocy jednak było inaczej. Śnił jej się sen, na który skarży się wiele ludzi - ktoś ją gonił. Był powszechny i popularny, ale przy tym okropny. Była wykończona, kiedy się obudziła. Czuła frustracje. Dlaczego pierwszy sen w jej życiu był akurat taki? Nie mogło jej się przyśnić, jak dostaje posadę o której marzy, jak ratuje komuś życie, jak przeżywa prawdziwą miłość? Napiła się wody i wstała z łóżka. Wiedziała, że czeka ją ciężki dzień, a zupełnie się nie wyspała. Odsłoniła rolety, ubrała szlafrok i rozczesała włosy. Wzięła głęboki wdech. M u s i a ł a poradzić sobie z tym chłopakiem. Musiała udowodnić, że jest najlepsza, nie do zagięcia. Chciała to pokazać Falwitowi, Bonitowi, oraz (a może przede wszystkim?) sobie.
 Nie lubiła mieć podopiecznych, którzy nie rozumieją prostych poleceń. Chciała takich, którzy będą ją szanować i traktować jej słowa poważnie. Będą brali z niej przykład i skończą kurs na szóstkę. Chciała osiągnięć i chciała być z nich dumna. Dlatego nienawidziła trudnych przypadków, mimo, że dawała sobie z nimi radę. Chłopak był naprawdę ciężki i wiedziała, że musi mieć do niego odpowiednie podejście. Tylko, że najpierw musiała go poznać, żeby obrać jakąkolwiek taktykę. A zdawała sobie sprawę, ze to nie będzie proste.  Zastała chłopaka w kuchni, palił przy oknie. Bawił się papierosem i wypuszczał dym patrząc przed siebie. Siedział na parapecie. Otaksowała go spojrzeniem, zanim podeszła. Był naprawdę bardzo przystojny. Oczywiście nie widziała w nim potencjalnego partnera dla siebie - był stanowczo za młody. Zresztą, nawet niezbyt w jej typie. Co nie zmieniało faktu, że był niesamowicie atrakcyjny. Miał czarne włosy i ostre rysy twarzy. Wyglądem nie przypominał przyszłego anioła. Miała nadzieje, że pod wpływem przygotowań, rysy jego twarzy złagodnieją, jak to się działo w wielu przypadkach, ale coś jej podpowiadało, że tak nie będzie.
 - Jesteś bezczelny - powiedziała zła, podchodząc do niego. Założyła ręce na biodra, co niesamowicie go rozbawiło. Ona z kolei jego spojrzenie odebrała jako protekcjonalne i pobłażliwe.
 - Siema, wyspana? - spytał swobodnie, nie przestając palić, co było czystą prowokacją.
 - Co to za język? I jak ty się do mnie zwracasz? W tej chwili oddaj mi te papierosy, bo nie ręczę za siebie - syknęła ze złością i wręcz wyrwała mu paczkę z dłoni. Zaśmiał się.
 - Spokojnie, po kolei te rozkazy, bo się gubię, proszę pani. A papierosy są mi potrzebne jak tlen, już mi pani jedne zabrała, teraz proszę mnie zostawić w spokoju. Denerwuje się pierwszym dniem na treningu - powiedział niewinnie jak dziecko.
 - Denerwujesz się? - uniosła brew. - Nie wyglądasz na szczególnie przejętego - nalała mu do szklanki płynnego miodu i podała - to cię wzmocni.
 Wzruszył ramionami i napił się. Siedzieli przez chwilę w milczeniu, ale nie trwało to długo. Chłopak miał ochotę coś powiedzieć, ale co próbował otworzyć usta, dochodził do wniosku, że lepiej to przemilczeć.
 - Krzyczałaś - powiedział nagle. Spojrzała na niego, nie do końca rozumiejąc o co mu chodzi. - No, dzisiaj w nocy. Krzyczałaś.
 - Naprawdę? - jęknęła.
 - Tak, naprawdę. Obudziłaś mnie - nie miał pretensji, po prostu informował.
 - Przepraszam, miałam dziwny sen - wstawiła chleb do tostera.
 - Co ci się śniło?
 - Nie twoja sprawa - miła Celina się skończyła. Nalała sobie kawy do kubka, a Bonit przewrócił oczami.
 - Jesteś strasznie drażliwa. Też dostanę kawę?
 - Nie. Kofeina osłabia moc. Pij swój miód.
 - Nie lubię cię jakoś - odparł chłopak. Zauważyła, jak bardzo wbrew pozorom jest podobny do ojca. Tak samo wyraziste kości policzkowe i zielone oczy. Mimo wszystko, nadal był za młody i na takiego wyglądał. Nie była stara, ale była dojrzałą kobietą, samotną i silną. Czas spędzany na szkoleniu młodych, sprawiał że była z każdym dniem coraz bardziej cierpliwa i zrównoważona. Każdy jej podopieczny też ją czegoś nauczył. Mimo że nie przepadała za tą pracą, wiedziała, że ma ona pewien urok. Nie chciała się tym jednak zajmować do końca życia. Zasługiwała na coś lepszego. Nagle do ich mieszkania wleciała gazeta. Dosłownie, miała przypięte małe skrzydełka do stron. Sama odnajdowała aniołów i co rano pojawiała się w ich domach.
 - Poranek z nieba? - spytał chłopak i sięgnął po gazetę.
 - Tak. Pewnie znowu jakieś plotki. Chyba zmienię swojego dostawce gazet, ci dziennikarze tutaj mnie strasznie denerwują, piszą same głupoty.
 - Ta, ciebie każdy denerwuje - pokręcił głową Bonit i spojrzał na okładkę. - Jakaś afera. "Ważne spotkanie Falwita z Lucyferem zakończyło się ostrym nieporozumieniem. Obaj panowie zachowali klasę i spokój, ale z tego co nam wiadomo, zapowiada się prawdziwa wojna" - zacytował.
 - Ale mi nowość. Nasza natura jest taka, że ze sobą walczymy. Po to was szkolimy, żebyście chronili ludzi.
 - Podobno to duże większe niebezpieczeństwo niż do tej pory - powiedział, ale nie wyglądał na przestraszonego czy przejętego, więc nie uważała za konieczne uspokajać go. Potrafił trzymać uczucia na wodzy, co jej się bardzo podobało, chociaż była zazdrosna, bo ona nie miała tej sztuki tak perfekcyjnie opanowanej, a w końcu była starsza.
 - Większość tutaj to plotki, lepiej do zostaw i zbieraj się, bo spóźnisz się na trening.  - napiła się kawy i poszła do łazienki. Pokręcił głowa patrząc na nią. Miała autorytet. Zawsze próbował stłamsić swoich opiekunów i mu to naprawdę wychodziło, ale ona miała w sobie coś, że mimo wszystko warto było ważyć słowa, a złośliwości trzymać na poziomie, żeby nie zostać wyśmianym. Miała w sobie coś, co sprawiało że czuł do niej respekt, ale mimo to nie zamierzał jej tego okazywać. Miałaby wtedy nad nim zbyt dużą władzę a w dodatku zdawałaby sobie z tego sprawę.
~*~*~*~
 Za każdym razem ćwiczył w innych grupach, ale właściwie nigdy nie trwało to dłużej niż jeden, dwa dni, więc praktycznie nic nie umiał. Wszedł do pomieszczenia i usiadł razem z innymi pod ścianą. Rozejrzał się. Przedział wiekowy był mniej więcej od czternastu, do dwudziestu pięciu lat. Niektórzy ćwiczyli od paru miesięcy, inni od paru dni, nie było żadnego podziału, kto dołączał ten dołączał, musiał się odnaleźć.
 - Dzisiaj będą zajęcia fizyczne - zaczął instruktor. - Często niestety między nami a diabłami dochodzi do walki fizycznej, a nie tylko rzucania kulami świetlnymi, czy zaklęciami. Na to musicie być gotowi. Instruktorów jest pięciu, ale ćwiczycie na własną rękę, oni będą podchodzić co jakiś czas do któregoś z was i udzielać wskazówek. Na koniec dnia sprawdzimy, jak wam poszło. Przygotujcie się dziś do strzelania z łuku, rzutu piłką i przeskakiwania przez przeszkody.
 Wszyscy go słuchali, a już chwilę po jego instrukcji rozeszli się do różnych sprzętów. Bonit zaczął od łuku. Nie miał pojęcia o strzelaniu a nie chciał z siebie zrobić idioty na prezentacji, więc musiał poćwiczyć. Pierwszy strzał - nawet nie trafił w tarcze. Drugi strzał - mniej więcej to samo. Trzeci strzał - no ile można... Usłyszał za sobą kobiecy, perlisty śmiech. Odwrócił się. Stała za nim wyraźnie rozbawiona blondynka, szczupła i delikatna. Nie wyglądała na ostrą zawodniczkę i nie wyobrażał sobie, żeby mogła być lepsza od niego.
 - Z czego się śmiejesz? - przewrócił oczami.
 - Rozumiem, ze jesteś początkujący, ale myślałam, że nawet pierwszego dnia trafia się w tarcze. Chociaż raz.
 - No, ty pewnie za każdym razem trafiasz w sam środek- zakpił. Uniosła brew i wzięła od niego łuk. Po jednym strzale, w środek tarczy przekonał się, że pochopnie ją ocenił. Uśmiechnęła się uroczo.
 - Jestem Aurora - przedstawiła się. - Mogę cię trochę potrenować, bo widzę, że strzelanie nie jest twoja najlepszą stroną. Możesz rozbawić parę osób na sali.
 - Niech jest - przyznał. Wolał trochę poćwiczyć, niż faktycznie ośmieszyć się przed wszystkimi. Uśmiechnęła się i podała mu łuk. Ustawiła jego ręce jak należy i pokierowała nim, tak żeby dobrze naprężył łuk.
 - Skup się i pamiętaj, że zawsze warto strzelić trochę wyżej, niż ci się wydaje - uśmiechnęła się. Kiwnął głową i strzelił. Nie trafił tak dobrze jak ona, ale przynajmniej strzała wbiła się w tarcze.
- Brawo. Dalej ćwicz sam, już wiesz co robić - uśmiechnęła się.
 Trenował spokojnie. Szło mu trochę lepiej, a ze skakaniem przez przeszkody w ogóle nie miał problemu. Trenowali równe sześć godzin. Obserwował innych. Niektórzy szybko mieli dość i robili sobie wiele przerw, inni, tak jak Aurora, ćwiczyli niemal bez przerwy i bardzo intensywnie. Widział, że jest dobra. Była naprawdę szczupła i nie miał pojęcia, gdzie ma te wszystkie mięśnie. Była blondynką i miała błękitne oczy, co działało na jej korzyść w tym świecie. To oznaczało, że z pewnością będzie bardziej szanowana. Miała ostre rysy twarzy i wyglądało na to, że była od niego trochę starsza. Mogła mieć na oko dwadzieścia dwa, trzy lata. Nie była wysoka, więc sprawiała wrażenie naprawdę delikatnej istoty, a przynajmniej tak się wydawało kiedy nie trenowała. Teraz widział w jej oczach upór, siłę i wytrwałość. Wydawała mu się starsza, dojrzalsza i bardziej zdecydowana, niż parę godzin temu, kiedy tylko za nim stała i się śmiała. Spodobała mu się, była ładna. A po kursie, kobiety stawały się jeszcze piękniejsze, więc nawet sobie nie wyobrażał, jak wtedy będzie olśniewająco wyglądać.
 - Nie patrz się tak na mnie, tylko trenuj, dalej jesteś słaby - zaśmiała się i strzeliła w jego tarcze.
 - Trochę się podszkolę i będę dużo lepszy od ciebie - pokręcił głową.
 - Chciałbyś. Kiedy ty dojdziesz do tego poziomu, na którym ja jestem, będę już trzy razy lepsza.
 - Jesteś tylko dziewczyną, prędzej czy później wymiękniesz.
 - No, to zobaczymy - powiedziała spokojnie, ale nie dała się sprowokować. Poszła przeskakiwać przez przeszkody. Robiła to tak szybko, jakby w ten sposób uczyła się chodzić jak była mała.
~*~*~*~
 Prezentacja poszła mu całkiem nieźle. Nie trafiał tak dobrze jak niektórzy, ale widział też osoby, którym poszło znacznie gorzej. Mimo wszystko zamierzał postarać się o to, żeby zrobić postępy. Chciał być lepszy od Aurory, widział wyzwanie w jej oczach kiedy strzelała bez problemu i trafiała w sam środek. Zresztą, w skakaniu miała lepszy czas, a piłkę rzucała znacznie dalej.
 - Jak tam porażka? - spytała rozbawiona, kiedy prezentacja się skończyła. Mieli już wracać do domu.
 - Jednorazowa, nie martw się.
- Nie sądzę - pokręciła głową. - Wracaj do domu i odpoczywaj, może następnym razem będzie lepiej.
Pokręcił głową.
 - Odprowadzę cię. Jeszcze się stanie coś po drodze takiej drobnej dziewczynce.
 - Raczej to ja ciebie będę musiała bronić w razie czego - powiedziała rozbawiona, ale poszła z nim.
 Przez całą drogę myślał o tym, czy może faktycznie nie powinien już tu zostać. Bo w końcu, ile można uciekać? I tak i tak prędzej czy później dadzą mu całą straż, jak kolejna opiekunka zrezygnuje. Zresztą, czuł, że tym razem nie byłoby tak łatwo skłonić ją do rezygnacji. Celina była uparta i zauważył to niemal od razu. Musiał sam przed sobą przyznać, że lubił upartych ludzi, nawet jeśli działali nie tak jak on chce. Szanował ich,bo nie poddawali się łatwo. Aurora również wyglądała na taką osobę.
 - Zastanawiałaś się kiedyś, jak to by było wybrać drugą stronę? - spytał spokojnie. Nie powinni, a może nawet nie mogli się nad tym zastanawiać, ale ona nie zareagowała oburzeniem. Milczała przez chwilę.
 - Wiele razy. I zapewniam, że każdy się nad tym zastanawiał, nie ważne jak bardzo ci wmawiają, że to jest złe. Zło wszystkich pociąga.
 - Mam wrażenie, że wiele o tym wszystkim nie wiemy - westchnął.
 - Bo nie wiemy - przyznała. - Teraz mamy się uczyć i szkolić. Zagrożenie jest realne i nie wierz w to, że to tylko plotki.
 - Diabły rozpętają wojnę wśród ludzi?
 - Myślę, że tak. Że są do tego zdolni. Konflikty między nami się nasilają i nie prowadzą do niczego dobrego. Trzeba być ostrożnym, dlatego tak zacięcie trenuję, chcę być najlepsza, bo najlepsi będą potrzebni.
Nic już nie powiedział, spacerowali w milczeniu. Szli ulicą, ale ludzie ich nie widzieli.
Usłyszeli krzyk spod mostu. Pobiegli tam szybko. Trzech chłopaków biło jakiegoś drobnego chłopca, za nimi stał diabeł. Aurora ścisnęła mocno dłoń chłopaka, właśnie do takich sytuacji byli przygotowywani, mieli z nimi walczyć, ale wiedziała że nie są na to jeszcze gotowi.
 - Spokojnie, coś wymyślimy... nie znam jeszcze żadnych zaklęć, ty jesteś starsza, na pewno coś wiesz.
 Kiwnęła niepewnie głową i z jej dłoni wypłynął niebieski promień. Uderzył w diabła na przeciwko nich, a w okolicy pojawiła się policja, która pomogła chłopakowi. Bonit się uśmiechnął.
 - Jesteś niezła - przyznał.
 - No jasne, a czego się spodziewałeś - zaśmiała się. Poszli dalej. Czuł, że może przeżyć ten kurs. A może nawet, zostać aniołem, to nie taka zła myśl. Może nawet aniołem stróżem. 

piątek, 7 lutego 2014

Kiedy upada kurtyna, nie ma już odwrotu



              Szła spokojnym, dumnym krokiem. Była ubrana w prostą, białą suknię i trzewiki. Sukienka bez koronek i wszelkich ozdób. Miała skromny makijaż, który jeszcze bardziej podkreślał jej subtelne rysy twarzy. Jasne usta, błękitne oczy i niewielki nos, sprawiały, że była piękna. Mimo swojej uderzającej urody, nie wyróżniała się z tłumu. Wtapiała się w niego znakomicie, gdyż inne kobiety były równie urodziwe, a niektóre nawet bardziej. Ją jednak coś wyróżniało. Mimo swojego niewinnego, łagodnego spojrzenia w jej oczach czaiły się pewne iskierki, które można było dostrzec. Drugą rzeczą, wyróżniającą ją z tłumu, były zaniedbane dłonie - trochę pomarszczone, paznokcie były bez szczególnego blasku. Te defekty zostały natychmiast wychwycone przez otaczające ją kobiety, które zaczęły między sobą plotkować jak na zawołanie. Celina nie raz już wspominała, że aureole nigdy tak naprawdę nie uczyniły z nich aniołów, najwyżej dobre wróżki. Ale archanioł jej nie chciał słuchać. Podeszła do młodej dziewczyny, która rzucała się w oczy zdecydowanie bardziej od niej. Miała bowiem kruczoczarne włosy, co wyróżniało ją z tłumu jasnych blondynek. Co ona tu robiła? Jedynie siedziała za ladą, a to nie było żadne godne i ważne zajęcie. Nie spełniała oczekiwań Flawita, już uroda ją przekreślała, mimo że była równie piękna, a może nawet piękniejsza niż pozostałe.
            - Witaj, Angeliko – powiedziała Celina, ale mimo sympatii do starej znajomej, na jej twarzy nie zagościł uśmiech. Jej wyraz twarzy praktycznie się nie zmienił. A Angeliki – wręcz przeciwnie. Rozpromieniła się.
            - Witaj, Cel! Skąd ta poważna mina? I co tu robisz? Czyżby w końcu nasz szef otrzeźwiał? – Dźgnęła ją lekko w żebro, co było bardzo niestosownym zachowaniem w takim miejscu, ale Celina mimo swoich twardych zasad, w końcu się uśmiechnęła.
            - Właściwie sama zdecydowałam się wziąć sprawy w swoje ręce i w końcu go odwiedzić.
            - Naprawdę? Czyli nie jesteś umówiona? – na jej twarzy zakwitły rumieńce i pojawił się przepraszający uśmiech. – Przecież wiesz Cel, że nie mogę…
            - Oczywiście, że możesz. I tak cię nie wywali, jesteś jego skarbem. Nikt inny by tak się nie dawał wykorzystywać – rzekła spokojnie. Angelika westchnęła.
            - Naprawdę wole to, niż te kursy nawracające upadłe anioły…
            - Tłumaczyłaś mi to setki razy – ucięła. – Nadal cię nie rozumiem, ale to nieistotne. Wpuść mnie do środka, to dla mnie bardzo ważne.
            Spojrzała na nią niepewnie i zaczęła przeglądać swoje papiery.
            - Mogłabyś wejść za pięć minut… ale na krótko, bo za pół godziny czeka go bardzo ważne spotkanie!
            - Tak, tak.
            - Mówię poważnie, Cel – spojrzała na nią ostrzegawczo. – Przychodzi Lucyfer.
            Jedna z kobiet, która to usłyszała, natychmiast zaczęła plotkować z koleżanką. Takich nowin nie znała nawet loża, tylko biedna, poczciwa Angelika, która siłą rzeczy miała dostęp do takich informacji.
            - Nie mów! – teraz nawet w Celinie zakłuła się chęć lekkiego plotkowania, chociaż to zupełnie nie było w jej stylu. – A co on tu robi? Macie odpowiednią ochronę?
            - Wiem, że ty byś o wszystko zadbała najlepiej – uśmiechnęła się Angelika. – Ale uwierz mi na słowo, wszystko jest załatwione. Nie mogę ci zdradzić celu wizyty, bo to bardzo poufne. Zresztą sama niewiele wiem, powinnaś pytać raczej przedstawicielki loży.
            Celina zaśmiała się, odrobinę złośliwie.
            - Przecież one nic nie wiedzą. Flawit nie jest głupi. Wie kogo o czym informować, nie popełnia takich dziecinnych, niemal ludzkich błędów!
            - Może i masz racje. Wpuszczę cię, ale pamiętaj, musisz się streszczać. Potrafisz nawet jego rozbić i wyprowadzić z równowagi, wolałabym, żebyś dzisiaj tego nie robiła.
            - Jasne, jasne, będę grzeczna – kiwnęła głową i, po naciśnięciu przez Angelikę odpowiedniego guzika, weszła do środka.


~*~*~*~

Flawit był archaniołem. Był najwyżej w hierarchii i każdy miał obowiązek go słuchać. Jego ojciec również był archaniołem, a złota aureola przechodziła z pokolenia na pokolenie. Flawit był bardzo młody, dlatego wszyscy obawiali się go jako władcy nieba. To było bardzo odpowiedzialne i ważne stanowisko, a on miał zaledwie dwadzieścia lat. Niestety nie było wyboru, bo jego ojciec szybko zmarł, a ktoś musiał przejąć złotą aureolę. Nawet gdyby chłopak miał osiem lat – padłoby na niego. Był młodym człowiekiem o wszechstronnych ludzkich, jak i anielskich, zdolnościach. Nie miał wiele praktyki jako anioł stróż, a innych stanowisk w ogóle nie zasmakował. Dlatego Celina, pięć lat od niego starsza, pogardzała nim i kpiła z niego, mimo że to było surowo zabronione i, przede wszystkim, niegodne. Nie obchodziło jej to, dla niej Królestwo Niebieskie powoli się staczało. Bała się co będzie, jeśli sytuacja się nie poprawi.
            Według niej, choć była niewiele starsza, Flawit był zwykłym smarkaczem. Kiedy miał dziesięć lat, ona już jako piętnastolatka uczyła go łucznictwa i ściągania uroków.  Jego rodzice bardzo ją cenili i szanowali, chcieli również dać ją za jego żonę w przyszłości, ale nie mogli, ponieważ Celina miała tylko ojca anioła, matka była człowiekiem i nigdy nie chciała, mimo nalegań ojca, zmienić się w anioła. Celina ani przez chwilę jej się nie dziwiła – wiedziała, że to bolesny i ciężki proces. Ona sama nie musiała go przechodzić, bo dziedzicznie stała się aniołem już w najmłodszych latach, dzięki ojcu. Zresztą jej mama nie chciała nieśmiertelności. Chciała zestarzeć się i umrzeć. Ale zawsze powtarzała swojej córce, że jest z niej dumna i trzyma za nią kciuki, a ta z kolei obiecywała, że zaopiekuje się matką również po śmierci. Chociaż dobrze wiedziała, że nigdy nie zostanie aniołem umarłych.  
            Kiedyś bardzo się lubili, w dzieciństwie właściwie byli prawie przyjaciółmi. Ale Flawitowi z czasem zaczęło odbijać. Trzymał ją na dystans, bo uważał, że nigdy nie dorówna mu mocą, co było kompletną bzdurą. Celina była silnym aniołem, o wielkiej mocy, ale nie miała okazji się sprawdzić. Za życia jego ojca jeszcze się uczyła, a od kiedy władzę przejął Flawit, nie dopuszczał jej na żadne wyższe stanowiska. Doprowadzało ją to do szału i często się z nim kłóciła, ale on tylko ją zbywał. Celina przekonała się wtedy, że czasami nawet ‘przyjaciele’ oceniają nas po pozorach, mimo iż znają nas bardziej, niż ktokolwiek inny. Była jednak uparta i waleczna, nie poddawała się łatwo. Flawit był już zmęczony jej odwiedzinami, ale nie miał jak ukarać za to Angeliki. A zwolnienie jej nie wchodziło w grę.
            Kiedy Celina wkroczyła do jego gabinetu, przewrócił oczami. Był przystojny, wysoki i dobrze zbudowany – ale tego nie dało się uniknąć. Nie przy tylu treningach i szkoleniach. Poza tym był aniołem, a aniołowie byli zawsze znacznie piękniejsi, niż ludzie. Ich uroda zmieniała się podczas anielskich kursów. Siedział za swoim biurkiem.
            - Jestem dzisiaj bardzo zajęty i nie mam czasu na twoje kaprysy – ostrzegł.
            - Mi też niezmiernie miło cię widzieć – uniosła brew.
            - Daruj sobie. Co znowu? Kandydaturę do loży aniołów składa się u Angeliki, ja ją później przeglądam i oceniam.
            - Składałam ją już setki razy, a ty pewnie nawet jej nie przeczytałeś.
            - Setki razy też zawitałaś u mnie, aby osobiście przekonać mnie o swoich zdolnościach.
            - No właśnie i zastanawia mnie, czemu jeszcze wątpisz.
            - Mam zajęte miejsca, poza tym nie spełniasz wymagań. Będziemy setny raz rozmawiać na ten sam temat?
            - Właściwie to nie. Oddałam po prostu już swojego podopiecznego, zdał ostateczny egzamin na szóstkę. Tak, na szóstkę, znowu!
            - No  właśnie, jak mógłbym odebrać młodym tak dobrą opiekunkę? – uśmiechnął się. – Cieszę się, ale nie musiałaś mnie w sumie o tym informować osobiście, tylko złożyć papiery i odebrać kolejnego podopiecznego z poczekalni.
            - Mogłam. Ale mam dość zwyczajnych podopiecznych, jestem do tego za dobra i ty dobrze o tym wiesz – nie grzeszyła skromnością, ale mówiła prawdę.
            - A są jacyś nadzwyczajni?
            - Owszem, wystarczy, że dasz mi kogoś… trudnego. Z kim reszta sobie nie radzi.
            - Chcesz tym pokazać, że jesteś najlepsza? – uniósł rozbawiony brew. – Dobrze, niech ci będzie. Mamy takiego jednego chłopaka, nazywa się Bonit. Ma osiemnaście lat i nie dość, że nie stawia się na zajęcia, to jeszcze kiedy tam jest, nic nie robi. W dodatku lekceważy i obraża wszystkie swoje podopieczne jakie mu się da. Jesteś pewna, że sobie poradzisz?
            - Jakiś osiemnastolatek z burzą hormonów ma być dla mnie trudem? – uniosła brew. – Poradzę sobie z nim bardzo łatwo, zapewniam.
            - W takim razie nie ma problemu – usiadł i sięgnął po pióro. Napisał coś na kartce papieru, podpisał i podał jej. – Dasz tę kartkę Lizie w poczekalni, a ona odda ci twojego nowego podopiecznego. Akurat szuka przydziału. Swoją drogą, zmieniłaś się. Ciągle dążysz tylko do awansu. Przestało ci zależeć na ludziach i na tym, na czym powinnaś się skupić. Może i wszystko ci wychodzi, ale nie wkładasz w to serca. Myślisz tylko o tym, żeby znaleźć się w loży. Nie taką Celinę znałem.
            Spojrzała na niego.
            - Ja też dawno nie widziałam mojego Flawita. Wszyscy się zmieniają.
            - Może – odparł sucho, bez wyrazu. – Możesz już wyjść, mam ważne spotkanie.
            - Wiem, zawsze zajęty, zapracowany i dumny.
            - Zupełnie tak, jak ty – odparł spokojnie. Nic na to nie odpowiedziała i bez pożegnania opuściła pomieszczenie. Rzuciła krótkie „cześć” do Angeliki i zniknęła w pozłacanej mgle.

~*~*~ *~

Poczekalnia w niebie wyglądała trochę inaczej, niż taka w której siedzimy przed wizytą u lekarza. Było to właściwie nie pomieszczenie, a naprawdę duży dom. Trafiały tam anioły na samym początku kursów. Takie, które już oficjalnie miały aureole, ale były to aureole niebieskie, a nie srebrne, co świadczyło o tym, że są początkujący. Dopiero po skończeniu wszystkich odpowiednich kursów zdobywają srebrne aureole. Kursy są trudne i wymagające, ale potrzebne, aby w pełni tytułować się aniołem i zająć stanowisko w królestwie niebieskim lub trafić na ziemie jako anioł stróż, ewentualnie opiekun. Opiekun, ponieważ przed zdobyciem srebrnej aureoli nie można było trafić do nieba, więc musiał pozostać razem ze swoim podopiecznym na ziemi. Tam też odbywały się wszystkie kursy i tam znajdowała się poczekalnia, dokładniej w Australii. Na ziemi nie można było się teleportować, ale w ten sposób wracało się z nieba, na ziemie i można było pojawić się w wybranym miejscu, więc wylądowała tuż pod drzwiami tego domu. Niektórzy czekali tam tygodniami, a nawet miesiącami, dlatego były tam pokoje i jadalnie oraz jakiś salon. Dom był naprawdę duży, bo mieścił dużo ludzi. Już po przedpokoju widać było bogactwo tego miejsca – diamentowe żyrandole, złote ozdoby, najznakomitsze antyki. Kiedy przekroczyła próg, podeszła do kobiety za ladą.
- Dzień dobry – przywitała się i podała jej list. Ta kiwnęła głową na przywitanie i przeczytała trochę zaskoczona wiadomość. Nacisnęła guzik z numerem 523 i zaproponowała Celinie coś do picia. Ona odmówiła i usiadła na fotelu, oczekując przyjścia chłopaka. Zupełnie się nie spieszył, co już o nim źle świadczyło. Nienawidziła spóźnialskich. W końcu się pojawił. Nie wyglądał źle. Zwykły chłopak, nie przypominał kogoś kto może sprawiać kłopoty. Miał blond włosy, co według powszechnej opinii oznaczało dużą moc i było bardzo dobrze odbierane. Niebieskie oczy były kolejnym plusem. Nie był tak przystojny jak Flawit, ale nie był też brzydki. Dość dobrze zbudowany jak na początkującego i w dodatku nie stawiającego się na treningi, choć patrząc na jego ciało było widać, że przed nim jeszcze długa droga. Właściwie, początkujący nigdy nie wiedzieli, po co im dobra sprawność fizyczna. Ale anioły miały dużo mniej nadprzyrodzonych zdolności niż się wydawało i musieli mieć dobrą kondycję. Chłopak był ubrany zwyczajnie, szaty obowiązywały tylko na oficjalnych spotkaniach. Głównie z lożą lub samym Flawitem.
- Witaj – kiwnęła głowę.
- Cześć – rzucił spokojnie. - Czyli co, znowu stąd spadam?
- Owszem. Słyszałam, że sprawiasz pewne… problemy. Zajmę się tym i pozwolę ci na wysokim poziomie skończyć kursy.
- Zdradzę ci coś – powiedział, wyraźnie rozbawiony. Usiadł wygodnie na fotelu, bawił się papierosem w dłoni. Palący? Celina nie wierzyła własnym oczom. Kto go wybrał? Ale przecież ktoś musiał, tacy jak on nie mają tego we krwi, nie mógł mieć anielskich przodków.
- Ci? Powinieneś się do mnie inaczej zwracać. Popracujemy nad tym. No to co chcesz mi zdradzić?
- Każdy tak mówi. Że mnie nawróci, nauczy i stanę się niemal perfekcyjnym aniołem. A potem trafiam tu – uśmiechnął się i zapalił, ale kobieta za ladą natychmiast odebrała mu papierosa. Nie odezwali się do siebie nawet, najwidoczniej to była częsta sytuacja.
- Ja nie jestem każda, możesz mi wierzyć, nigdy się nie poddaje.
- Ta, jasne. Uznajmy, że ci wierze. Spadamy stąd? Ograniczają nas tu strasznie jeśli chodzi o spacery, a tutaj nie można palić – skrzywił się.
- Po pierwsze, oddaj mi to – wyciągnęła rękę po paczkę papierosów. – To utrudnia przemianę, bo jest bardzo grzeszne.
- Grzeszne? No i co z tego? PANI nigdy nie grzeszy? – spojrzał jej spokojnie, wyzywająco w oczy, ale ona nawet nie mrugnęła.
- Nie. Nie posiadając tak cenny dar jak srebrna aureola. Mamy zapobiegać grzechom innych, a nie sami jej popełniać.
- Mhm, oczywiście. Nie wierze w te wasze ideały.
- To co tutaj robisz? – westchnęła.
- Ojciec bywa uparty.
- Jak nazywa się twój ojciec?
- Marek Horacjusz.
Zaniemówiła. Nie mogła nic wydusić. Pierwsze, głupie pytanie, jakie jej przyszło do głowy to „Ten Horacjusz?” Niech archanioł broni, przed takim idiotycznym pytaniem! Na szczęście nie powiedziała tego na głos. Właściwie była tak zdziwiona, że nie miała pojęcia co powiedzieć. To był taki wpływowy nadanioł! Były anioły, były nadanioły, a na samym szczycie jeden archanioł. Ale kwestią sporną było to, czy to nadanioły, czy archanioł ma największą władzę. Jak to mógł być jego syn? Ktoś taki? Gdzie się podziewał ojciec podczas wychowania chłopaka?
- Zdziwiona? – zakpił. – Jestem czarną owcą w rodzinie. Jak pewnie się domyślasz.
- To wielkie szczęście pochodzić z takiej rodziny – powiedziała, patrząc na niego. – Powinieneś to szanować i dbać o dobre imię twojego ojca. A teraz oddaj tę diabelską używkę.
- Czasami rozumiem ludzi Lucyfera, że was nie znoszą – prychnął chłopak. To były słowa, których nikt nie ośmieliłby się wypowiedzieć. Mówił o diabłach, jak o swoich kolegach. A to przecież było zło w ludzkiej postaci.
- Nie mów takich rzeczy. A już na pewno nie w świętym miejscu! – oburzyła się Celina i siłą zabrała mu papierosy. Chłopak przewrócił oczami. Obok niego pojawiła się walizka z jego rzeczami.
- Wygląda na to, że możemy iść – powiedziała Celina i wstała. Wypełniła papiery i zabrała go ze sobą. Samolotem polecieli do Seattle. Tam zaczynał się cały kurs. Tam wszystko się zaczęło. Celina wiedziała, że to będzie wyzwanie. Ale kiedy upada kurtyna, nie ma już odwrotu.



Dziękuje Patrycji, za poprawienie tekstu! :D


wtorek, 28 stycznia 2014

Prolog.



Anioły. Wątek może trochę banalny i przechodzony, ale co teraz takie nie jest? Mam nadzieje, że uda mi się wprowadzić w to coś świeżego. Że warto będzie przeczytać. Zapraszam do czytania! 


Boimy się, że spotka nas coś złego, bardziej niż tego, że sami staniemy się źli. Czyżby to pierwsze faktycznie było gorsze? Czy lepiej kiedy ktoś rzuci w nas kamieniem, czy kiedy to my rzucimy w niego? Wolisz ranić, czy być ranionym? Odpowiedź nasuwa nam się niemal od razu. Tylko, że nikt nie wie czy mamy racje. Przecież karma wraca. Prędzej czy później, zapłacimy za swoje grzechy. Są rzeczy, których się nie wybacza i błędy, których się nie zapomina.
Sprawiedliwość i równowaga. To ratuje nasz świat przed chaosem. Nie chodzi o to, żeby wszystko było idealne. Chodzi o to, żeby było tyle samo dobra, co zła. O pewien porządek na świecie, o zwykłą naturalną równowagę. Ktoś musi sprawować nad tym piecze. Ktoś musi pilnować, aby świat nie zwariował. Zawsze będą dobrzy i źli. Zawsze będą diabły i anioły. Jak wierzysz w niebo, to musisz też wierzyć w piekło. Bez jednego drugie nie może istnieć.
Zastanawiałeś się kiedyś, czy na prawdę jest ktoś tam na górze? Pilnuje, żeby nie stała ci się krzywda? Obserwuje każdy twój krok, chowa się w twoim cieniu. Czasami pozwala ci cierpieć dla twojego własnego dobra. Pozwala ci popełniać błędy, żebyś coś z tego wyniósł. Tak wyobrażasz sobie swojego anioła? A co gdyby ludziom dać aureole? Sprostaliby tym oczekiwaniom?
W czasach, w których nie wiadomo gdzie leży granica między dobrem a złem, nawet anioły grzeszą.